Zgłaszać, czy nie zgłaszać - czyli jak żyć, panie community?


Konkursy na Facebooku 

Wyglądało to tak jak teraz, tylko że zamiast mate, obok laptopa stało chłodne Orkiszowe z miodem, a pot ze mnie zlewał się bardziej niż krople wody ze smukłej szklanki. Wtedy też starałem się wyprodukować jakiś tekst, ale skutecznie odciągał mnie od tego facebook.

Wtem. Już mam znieczulicę na konkursy na fb, jakąś socialmediową odmianę banner blindness, i nie daje się nimi angażować, konotuję tylko koncept i konwersję. Ale ten Noodle Hut mnie zaangażował, ale jak!

 

…i Noodle Hut zaprosił mnie na obiad. Chwila na privie, chwila nad rozważeniem czy nie podadzą mi spring rollsów z laxygenem, no dobra, jutro tam byłem na miejscu.

Poznałem ekipę, poznałem z jaką pasją tworzyli lokal, poznałem też kunszt kucharza. Odwdzięczyłem się kilkoma aksjomatami w temacie facebook marketingu i w tym temacie wyciągnąłem kilka ciekawych informacji. Prowadziłem kilka konkursów, co prawda opartych na tym samym mechanizmie, ale przyznam się bez bicia, nigdy nie przeprowadzałem dokładnej analizy w sprawie stopnia w którym możemy wygenerować interakcją konwersję. I rozwiązanie związane z aplikacjami jako miejscami na konkurs wydawało mi się genialne z dwóch względów - raz, że wymusza to dobrą organizację, dwa, że jest przystępne dla usera, bo wszystko samo się dzieje. Żadnych przejść, przekierowań, otwierania skrzynek pocztowych. Klikamy sobie, klikamy, aż wyklikamy kubeczek.

Z nadzieją dla potomnych, czy że sam kiedyś będę miał wystarczającą wiedzę, pozostawiam statystyki jakie wybadaliśmy:

Akcja w trzy dni po ruszeniu zgarnęła ponad 200 lajków dla strony, 9 osób zgłosiło się po nagrodę, post sponsorowany wykorzystał 90 złotych z przewidzianego 100 złotowego budżetu. Już pierwszego dnia zaangażowanych było 76 osób!

Noodle Hut, odwrotnie do większości przypadków, znało regulamin, ale nie zdawało sobie sprawy z zagrożenia + nie chciało niepotrzebnie wydawać pieniędzy, które przeznaczyli na promowanie posta. Wydaje się że ten ostatni argument ma znaczenie. Kurcze weź ściągaj tę agencję i słuchaj ich jakie to jest narzędzie, po co i dlaczego, i że aplikacja wyniesie połowę budżetu włożonego w rozruch mikrobiznesu.

Z tym scenariuszem okazuje się, że kaganek oświecenia social media już gdzieś tam był, ale tak do końca nie wiadomo w którym kościele to dzwoni. W rzeczywistości pokazuje jak niewielka jest świadomość w tematach branży ludzi z zewnątrz, właścicieli małych i średnich firm, którzy robią tego fejsbuka – no bo żeby był, jakiś konkurs się wymyśli, resztki rozda i opowie o naszych kranach, "ależ one są!"

Nawiązując jeszcze do agencji, w gruncie rzeczy działania w web 2.0 wcale nie muszą być takie drogie. Duże agencje to duże agencje, i nawet jakby Pani Bożenka chciała im bulić swój tygodniowy utarg za prowadzenie fp to nie byłoby wielu chętnych. Ale za to jeśli syn pani Bożenki z salonu fryzjerskiego zajął się prowadzeniem fp, to chłopak by się rozwinął… Okej - bajki piszę, ale idąc tym tropem, syn Andrzej wyszukałby najprostszymi metodami gotową, prostą jak cep aplikację w okolicach stówy za miesiąc emisji. Serio, są takie rzeczy od paru złotych, oczywiście mechanizm odpowiedz na jedno pytanie - ale uniwersalny i zarówno będzie pasował do Pani Bożenki, jak i do wielkiej korporacji. Dobry na początek, dobry na ASAP, nie dobry wizerunkowo. Ale stawiam, że userzy klikają aż furczy.

Zawsze jak piszę to czegoś mi brakuje w tekście. Teraz sobie zdałem sprawę, że kłócę się ze swoją specjalizacją zawodową jako community managera. To na koniec macie. Edukować trzeba!